Reklama
30-04-2018 |Relacje

Metallica zagrała w Krakowie!

Na koncert Mety szykowałem się od roku, odkąd stoczyłem zwycięską walkę o bilet. Samo jego zdobycie było wyczynem! Później, to już tylko wielkie odliczanie. W końcu nastała godzina zero!

Reklama

Wszystko zdawało się być idealne: pogoda, miejsce, piękna hala sportowa Tauron Arena w Krakowie i komplet publiczności. W tym wszystkim była szansa na brak pijanych ludzi, gdyż nie sprzedawano alkoholu podczas koncertu… :D To jednak pomińmy – pojechałem tam po coś innego, niż na piwko.

Supportem Mety był norweski Kvelertak. Muzyka oferowana przez zespół średnio wpisywała się w klimat, który lubię, ale muszę przyznać, że było mocno i energicznie. Muzycy śpiewali w swoim ojczystym języku, więc niestety nie powiem o czym były teksty, ale może kiedyś przy okazji się z nimi zapoznam. Cały koncert trwał około 40 minut i był przyjemny, choć... no wiadomo, jednak czekałem na to, co miało być odrobinę później. Na pewno mogę śmiało stwierdzić jedno - już wtedy było widać i czuć, że sala jest bardzo dobrze przygotowana do show. Klimatyzacja działała, nagłośnienie było w porządku, a sama scena robiła wrażenie. 

Około godziny 21:00 z głośników poleciał It's a long way to the top AC/DC, a potem jeszcze The Ecstasy of Gold. Było jasne – zaczyna się! Światła zgasły, nastąpiła cisza, a potem boom! Metallica z wielką energią rozpoczęła swoje panowanie na scenie! A zaczęli od Hardwire, co oczywiście pobudziło publikę. Ogółem, sam początek był spod znaku nowej płyty, co mnie bardzo zachwyciło. Po prostu – szaleliśmy! Scena wręcz miażdżyła – niby płaska, bez szczególnych elementów, ale sześcienne ekrany nad nią były kosmiczne. Ruszały się w dół i w górę, emitowały różne motywy i były świetnie zsynchronizowane z muzyką, jaką serwowała Meta. Cała sceneria żyła!

Po członkach zespołu było widać, że ciągle jarają się grą i wciąż zależy im na dobrym kontakcie z publiką. Na scenie było łącznie 6 stanowisk z mikrofonami, więc Panowie byli co chwilę w innym miejscu, by z każdej strony być widocznymi dla fanów. Sama perkusja obracała się, więc i tu było mega. W pewnym momencie z podłogi sceny wysunęły się cztery sześcienne monitory, które okazały się być bębnami, na których cały zespół zaczął wygrywać rytm. Oczywiście publika szybko podłapała i dołączyła z okrzykami.

Kolejne utwory, jakie serwowała Meta, to przeplatanka starszych hitów z kawałkami z ostatniego albumu. Wszystko było precyzyjnie zaplanowane i umiejętnie wymieszane, aby odpowiednio dozować tempo - po energetycznym kawałku następował numer dla odpoczynku, łącznie z jakimś solo, tak aby każdy z muzyków miał chwilę na uzupełnienie płynów. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie małe, świecące drony, które wzbiły się nad scenę podczas utworu Halo On Fire. Utworzyły one wielką, świetlistą aureolę nad muzykami, a później inne, niezwykłe formy. Do tego doszły ognie i fajerwerki, już nie wspominając o sześciennych ekranach. Byłem zauroczony!

Po tym, przyszedł czas na to, na co ja czekałem z wielką niecierpliwością. Liczyłem na duet Roba i Kirka i oczywiście wiedziałem, że czas na ich show nadejdzie. Jak pewnie większość fanów, zastanawiałem się co wezmą na tapetę. Czy repertuar mnie zaskoczył? Oj bardzo! Basista łamaną polszczyzną ogłosił ze zagrają Wehikuł Czasu Dżemu. Szaleństwo niesamowite. Kłaniam się tym, którzy rozpisali to fonetycznie i przede wszystkim – kłaniam się muzykowi za zdolności lingwistyczne, bo jednak nasz język jest trudny w wymowie. Łamańców i przekręceń nieco się przytrafiło, ale były one wręcz urocze. Efekt końcowy był powalający! Cała hala śpiewała wraz z nimi, co zresztą słychać na filmiku, który szybko pojawił się na kanale YT Mety.

Ciąg dalszy koncertu to nie zwalnianie tempa. Na kolejną pochwałę zapisały się wizualizacje portretów żołnierzy z czasów wojny światowej. Te zostały wyemitowane podczas utworu ONE. Następnie nieśmiertelny Master of Puppets, a na bis miodzio - Split Out The Bone – kawałek, który na żywo brzmi wyśmienicie.

Kurczę, wspomnienia piękne mam po tym show - wspólnie odśpiewane Nothing Else Matters, na koniec Enter Sandman. I jeszcze piękne, specjalnie zrobione kostki z wizerunkiem Krakowa i w w barwach Polski – coś co naprawdę zapamiętam do końca życia i będę wspominał, gdy tylko zdarzy się okazja. Brawa brawa brawa! Metallica pokazała że nadal potrafi i wie, jak robi się nie tylko muzykę, ale i show. Pokazali jak włada się publiką, jak utrzymać z nią kontakt… Po tylu latach na scenie, widać niesamowitą frajdę!

Bilety były cholernie drogie, ale nie żałuję ani złotówki z wydanej kwoty. To był jeden z najlepszych koncertów na jakim byłem, a na pewno najlepszy Mety. A to był już piaty raz, jak miałem okazję ich widzieć live. Panowie są jak wino, im starsi, tym lepsi. No może tylko Lars… ;) Ale to niech każdy sam zobaczy i oceni, polecam!

Reklama
Podziel się ze znajomymi!
Autor
Ksiąc
Tagi
Metallica
Komentarze