Reklama
18-06-2018 |Relacje

Marilyn Manson + Stone Sour - relacja z konceru w Warszawie!

Źródło obrazu: Ksiąc

Marzenia są po to, aby je spełniać. Zwłaszcza, jeżeli jednym z nich jest występ ulubionej gwiazdy z czasów młodości, czy mówiąc bardziej precyzyjnie, gimnazjalnego okresu poznawania, co rusz nowej, muzyki.

Reklama

Jednym z moich osobistych celów do zrealizowania była obecność na chociaż jednym koncercie słynnego na cały świat antychrysta, na temat którego powstało parę legend. Najgłośniejsza z nich głosi, jakoby ów zbereźnik dopuścił się do usunięcia własnego żebra, aby móc bliżej zapoznać się z własnym przyrodzeniem. Szczerze, nie mam bladego pojęcia ile w tej pokręconej historii jest prawdy, ale nie da się ukryć, iż Marilyn Manson w latach swojej świetności cisnął się na usta osób z  niejednego środowiska. Obecnie o Brianie Warnerze nie mówi się już tak głośno jak kiedyś, chociaż patrząc po klipach do numerów z ostatniego albumu Heaven Upside Down, na których pojawiły się kontrowersyjne zakonnice oraz mocne imprezy z udziałem pięknych kobiet oraz Johnego Deppa,  można odnieść wrażenie, iż artysta jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i kto wie, czego jeszcze możemy się po nim spodziewać w przyszłości. Ale skończmy z tym filozofowaniem i przejdźmy do konkretów.

Zacznę może od tego, iż wbrew moim wstępnym oczekiwaniom, to nie koncert nonszalanckiego wokalisty przyprawił mnie o lekki opad szczeny. Prawdziwa zabawa rozpętała się na dobre w trakcie koncertu gościa specjalnego, którego od bardzo długiego czasu nie było w naszym kraju, i na którego chrapkę miało wielu zagorzałych fanów. Mowa oczywiście o zespole Stone Sour, założonego przez znaną i bardzo cenioną postać w przemyśle muzycznym, lidera Slipknota, Corey'ego Taylora!

Generalnie całe to wydarzenie, ze Stone Sour jako supportem oraz Marilynem Mansonem jako headlinerem, zapowiadało się dość ciekawie. Na długo przed samym koncertem ja, jak i paru moich znajomych, żartowaliśmy iż większość osób zjedzie się na występ Taylora, natomiast na Mansonie pozostanie co najwyżej połowa widowni. Koniec końców, na obu występach można było dostrzec tłumy na trybunach i na płycie, ale pod względem destrukcji oraz tryskającej zewsząd energii prym wiódł właśnie Stone Sour. Zatem, jak to się potoczyło?

Praktycznie od samego początku Corey wraz z resztą chłopaków prowadził pełne dynamiki przedstawienie. Głównym wodzirejem oczywiście był lider kapeli, który to tu to tam biegał z ogromnym bananem na gębie i zachęcał niemal każdą osobę do czynnego udziału w koncercie. Jak mawiał czterdziestoczteroletni wokalista, jeśli naszym pomysłem na dobrą zabawę jest taniec, to tańczmy. Jeśli chcieliśmy klaskać, to klaskaliśmy, a jeśli chcieliśmy podrzeć ryja, to darliśmy ryja. Ogólnie wszystkie chwyty były dozwolone, byleby nie panowała totalna nuda. I co? I zadanie zostało wykonane w 100%.

W skrócie, na Stone Sour działa się istna rzeź. Zarówno na scenie jak i pod nią. Oczywiście, próżno jest porównywać ten projekt do Slipknota, gdyż muzycznie to dwa inne światy, ale nie mniej będąc przebranym za Ciasteczkowego Potwora (tak, dobrze czytacie; jeśli widzieliście takiego przygłupa w wielkiej, niebieskiej piżamie, to byłem ja) bawiłem się znakomicie, ładując swoje cielsko do małego pogo w tym dość nietypowym stroju. Utwory może w większości dla mnie kompletnie nieznane z tekstu, no ale ta masa, te ściany, te kotły na Absolute Zero, Get Inside, Fabuless, czy 30/30-150, widok tego roztańczonego do granic możliwości tłumu był czymś niezwykłym i śmiało przyznaję, iż to właśnie Stone Sour powinno być gwiazdą wieczoru.

Sam Corey zresztą był istnym wulkanem energii. Gość po prostu kocha koncerty, kocha publikę i to okazuje najlepiej, jak tylko potrafi. Poza sztywnym ogrywaniem kawałków, Corey starał się urozmaicać większość utworów. Bez cienia wątpliwości ulubioną zabawką muzyka była wyrzutnia konfetti, której bardzo częste używanie sprawiało mu dziecinną radość, a publika czerpała uciechę wraz z muzykiem. Do tego pirotechnika w postaci sztucznych ogni, gra świateł i nawet dmuchane ludziki, które pojawiły się w końcowej fazie koncertu w trakcie Fabuless. Ale najbardziej bajecznym momentem w trakcie występu, było solowe wykonanie Bother. Wiecie, przyciemnione światła, na scenie Corey z gitarą, a przed nim śpiewający jak jeden mąż fani. Magic.

Setlista

  • I Can't Turn You Loose (Blues Brothers song)
  • Whiplash Pants
  • Absolute Zero
  • Knievel Has Landed
  • Say You'll Haunt Me
  • 30/30-150
  • Bother (Corey Taylor Solo)
  • Tired
  • Cold Reader
  • Get Inside
  • Rose Red Violent Blue (This Song Is Dumb & So Am I)
  • Made of Scars
  • Song #3
  • Through Glass
  • RU486
  • Fabuless

No to teraz przejdźmy do skomentowania gwiazdy wieczoru, a nie ukrywam, że delikatnie się zawiodłem. O ile fajnie mi się słucha nowych jak i starych dokonań Mansona na słuchawkach, głośnikach, czy czymkolwiek innym, tak na żywo spodziewałem się czegoś innego. Przede wszystkim sama setlista jak i panująca atmosfera na scenie była dla mnie z deka drętwa. Ok fajnie było posłuchać na żywca This is the new shit, Deep Six, czy Kill4Me, ale to jedyna pozytywna rzecz, jakiej doświadczyłem i jaką będę miło wspominał.

Nie chcę urazić żadnego fana Warnera, ale ta jego maniera, ta panująca wyższość na scenie i ta cholerna nonszalancja nie do końca znalazły w moich oczach zrozumienia. Manson generalnie sprawiał wrażenie, jak gdyby robił wszystko na siłę. Ok, może zawsze był taki, nie wiem, ale motyw z rzucaniem mikrofonu po prawie każdym kawałku, jakieś mamrotanie pod nosem i ten prawie zerowy kontakt z ludźmi stopniowo zniechęcał mnie do dalszego przebywania na hali. Czemu miały służyć te zabiegi, nie mam bladego pojęcia, ale wyglądało to sztucznie, na pokaz i bez przekonania.

Nie będę się zbytnio wypowiadał na temat formy Briana, no bo nigdy wcześniej nie zaliczyłem żadnego jego koncertu. Zeszłoroczny Metal Hammer odpuściłem, a z tego co zdołałem zauważyć, opinie były podzielone. Części osób się podobało, a innym nie. Po tegorocznym koncercie zdania również są podzielone. Nie mniej, uważam iż Manson jeszcze się bronił i jego wokal nie brzmiał totalnie do dupy, ale to tylko moja subiektywna ocena. Na próżno mi jednak szukać momentów, w których drgnęła by mi choć na chwilę powieka. Przez większość koncertu nie działo się kompletnie nic ciekawego, zero jakiegoś zainteresowania ze strony kapeli. W sumie to od prawie zawsze twierdziłem, że wszyscy poza Mansonem to de facto kukiełki, które robią to, co ich pan każe. Zespół wychodzi, lider coś tam ewentualnie powie i leci kawałek. Kawałek się kończy, gaśnie światło, następuje chwila ciszy, a po niej wszystko zaczyna się od nowa. Powtórz kila razy i cały koncert streszczony. Niestety, tak to dla mnie wyglądało.

Ok, pozostało mi jeszcze nawiązać do tej już chyba głośnej akcji z alarmem, który ni z tego, ni z owego wybrzmiał po mOBSCENE. Ta scena mogłaby równie dobrze wydarzyć się w ramach jakiegoś eksperymentu społecznego. Otóż po wspomnianym mOBSCENE, według setlisty miał wlecieć Intermission, lecz zamiast niego z głośników wydobył się komunikat, iż na terenie hali wykryto niebezpieczeństwo. Na początku większość osób, w tym również ja, nie wiedziała kompletnie o co chodzi, ale po bodajże trzykrotnej prośbie o opuszczenie terenu hali, zaczęliśmy kierować się do wyjścia. A przynajmniej część z nas, ponieważ niektórzy stwierdzili, iż cały ten alarm może być w istocie zwykłym trollem ze strony Mansona i jak gdyby nigdy nic nadal stali i czekali na pojawienie się zespołu.

I tak też się w sumie stało. Najpierw zostaliśmy poinformowani, iż alarm był fałszywy, a po kolejnych 5 minutach koncert został wznowiony. Powodem tego całego zamieszania był wszechobecny dym, którego Manson nie żałował na swoim występie i którego było na tyle dużo, iż zadziałały specjalne czujniki. Niby wszystko ok, bo nic groźnego się nie stało, ale co, gdyby jednak to była grubsza sprawa? Ocenę pozostawiam Wam.

Ostatecznie wyszedłem z koncertu grubo przed końcem i będąc już w głównym holu słyszałem tylko przenikające przez drzwi dźwięki Say10. Wychodząc już kompletnie z terenu obiektu nie trudno było zauważyć, iż nie tylko ja postanowiłem wcześniej ulotnić się z koncertu. Może komuś śpieszyło się na transport powrotny albo także wyszedł z założenia, iż zmarnował swój cenny czas. Plota głosi, iż kapela w ogóle nie pożegnała się z widownią, co już samo w sobie dobitnie pokazuje stosunek zespołu do publiki. Albo raczej jednego artysty. Jeśli ktoś uważa, że się mocno czepiam, ok ma prawo. Dla mnie jednak to wszystko było nijakie i jedynie wspaniały występ Stone Sour uratował tamten wieczór.

Setlista

  • Intro (Bill $aber - Creepin N Lurkin)
  • Irresponsible Hate Anthem
  • Angel With the Scabbed Wings
  • Deep Six
  • This Is the New Shit
  • Disposable Teens
  • mOBSCENE
  • Intermission (występ przerwany z powodu alarmu)
  • Kill4Me
  • Rock Is Dead
  • The Dope Show
  • Sweet Dreams (Are Made of This) (Eurythmics cover)
  • Say10
  • Antichrist Superstar
  • The Beautiful People

Reklama
Podziel się ze znajomymi!
Autorzy
Skin
Ksiąc
Tagi
Stone SourMarilyn Manson
Komentarze