Reklama
10-12-2018 |Relacje

Marcus Miller - Laid Black Tour 2018 - fotorelacja!

W listopadzie do Polski zawitał światowej sławy basista. Marcus Miller zagrał u nas łącznie 5 koncertów, a ostatni odbył się we Wrocławiu w Hali Orbita!

Reklama

Marcus Miller to jedna z tych osobistości w muzycznym świecie, której grzechem jest nie znać. Amerykański kompozytor, aranżer i multiinstrumentalista, zasłynął przede wszystkim ze swojej niesamowitej gry na gitarze basowej. Już od pierwszych nut artysta potrafi wprowadzić słuchacza w głęboki stan odurzenia, a jego koncertom zawsze towarzyszy niesamowita, przyjacielska atmosfera.

Marcus posiada na swoim koncie kilkanaście płyt studyjnych, siedem albumów live oraz cztery kompilacje. Bogatą dyskografię zamyka ostatnio wydany album Laid Black, w ramach którego muzyk wyruszył w światową trasę koncertową. Podczas tournee Miller odwiedził pięć polskich miejscowości, a ostatnim przystankiem w naszym kraju był występ we Wrocławiu w Hali Orbita, który miał miejsce 30 listopada 2018 r. Oczywiście, w ramach koncertu przewidziany był support, ale nietypowo ten wątek pozostawię na sam koniec i skupie się na głównej gwieździe tamtejszego wieczoru.

Chwile po tym, jak zgasły światła, na scenie pojawił się nasz muzyczny heros w swoim charakterystycznym kapelutku. Show rozpoczęło się od utworu The Blues z albumu Tales, aby zaraz po tym przejść do pierwszego kawałka z Laid Black, którym był Untamed. W trakcie show nie zabrakło także małych odwiedzin w Detroit oraz byliśmy świadkami nieco komicznie wyglądającej kłótni pomiędzy saksofonistą a trębaczem w numerze Amandla. Mówię komicznej, ponieważ naprawdę zabawnie wyglądała scena odgrywana przez dwóch facetów, wzajemnie przedrzeźniających się za pomocą swoich instrumentów, którym z boku przyglądał się kompletnie wyluzowany basista. Gdy panowie coraz bardziej rozkręcali się ze swoimi "dissami", Marcus niczym nie wzruszony oddawał się szorowaniu po gryfie swojego Fendera, jak gdyby nigdy nic się nie działo.

W ogóle, całemu koncertowi, o czym już wspomniałem na początku, towarzyszyła niezwykle przyjacielska, rodzinna atmosfera, a kontakt z publicznością został wyraźnie zarysowany. Ani na moment z twarzy Marcusa nie schodził uśmiech i z wielką przyjemnością towarzyszył nam podczas trwającej nieco ponad godzinę podróży po krainie jazzu, R&B i funku. Słów było mało, wręcz na lekarstwo. Najważniejsza była muzyka i to ona robiła nam zarówno za tło jak i za drogowskazy. Co zawsze wywierało na mnie ogromne wrażenie, to stosowana przez basistów metoda slappingu i ten tłusty sound najgrubszej, basowej struny, obijającej się o progi gitary. Do tego jeszcze niesamowita zręczność samego Marcusa, dla którego szybkie szarpanie drutów na przemian z oburęcznym tappingiem i klangiem nie stanowiło żadnego wyzwania.

Dla mnie jednak najbardziej wyczekiwanym momentem był kawałek Trip Trap. Boże! Studyjnie brzmi on rewelacyjnie, ale na żywo to kompletnie inna bajka. Wszystko brzmiało masywnie, selektywnie, po prostu bajecznie. Ta ściana dźwięku, która nagle powstała w Orbicie przygniotła mnie do samej ziemi. Niby to tylko jeden bas, jeden instrument, ale było wyczuwalne to pierdyknięcie. Do wyjątkowych chwil należy również zaliczyć utwór, który Marcus zadedykował swojemu zmarłemu przed paroma miesiącami ojcu. Otóż artysta wykonał na swoim klarnecie basowym dokładnie tą samą piosenkę, którą jego ojciec grał co niedzielę w kościele jako organista. Pełna powaga zawisła w powietrzu.

Generalnie trudno jest mi słowami opisać cały występ zespołu, a już zwłaszcza zdjęciami, które byłem zmuszony wykonywać kalkulatorem czyt. telefonem. Niestety, na parę dni przed koncertem szlag jasny trafił lustrzankę, a bez niej to bez ręki. Pozostało mi tylko czynić cuda. Jak wyszło, wszyscy widzimy, ale wracając do tematu:  było to bez wątpienia jedno z tych wydarzeń muzycznych, które najlepiej jest przeżyć samemu, gdyż kompletnie nic nie jest w stanie oddać panującego klimatu. Po wykonaniu ostatniego numeru zatytułowanego Tutu muzycy zeszli ze sceny. Nie powiem, byłem wtedy lekko zdziwiony. Pomijając niemały poślizg, z którym rozpoczęło się całe show, po niecałej godzinie występu pozostał niemały niedosyt. Na szczęście długo nie musieliśmy się prosić.

Otóż za moment cała ekipa powróciła z backstage'u w towarzystwie supportującego projekt EABS. I w tym miejscu przyznam się, że sam support był dla mnie ciężkim przeżyciem. O ile Marcus i jego gra potrafiłaby rozruszać najbardziej oporną osobę na świecie, o tyle wrocławski septet zaserwował konkretną porcję niełatwego w odbiorze jazzu. To już muzyka najwyższych lotów, przeznaczona dla koneserów gatunku, do których ja niestety się nie zaliczam. Tu żeby zrozumieć opowiadaną historię trzeba naprawdę wytężyć słuch i odpalić wszystkie zmysły. Ja odpadłem raptem po dwóch numerach. Ale żeby nie było,  wspólny występ EABS z Marcusem uznaję za mega udany.

Reklama
Podziel się ze znajomymi!

Galeria

Autor
Skin
Tagi
EABSMarcus Miller
Komentarze