Czy chcesz otrzymywać powiadomienia o nowościach na stronie?
Nie terazWłącz powiadomienia

3-majówka - dzień pierwszy - fotorelacja

Po udanym rekordzie Guinnessa oraz występach zespołów w ramach Koncertu Gwiazd, przyszła pora zmierzyć się z głównym tematem tegorocznej majówki, czyli z najgorętszym festiwalem we Wrocławiu.

Reklama

2 maj rozpoczął się dla mnie dość optymistycznie. Co prawda, zaliczyłem dużo mniej koncertów, niż wstępnie planowałem, ale albo to wynikało z mojej niechęci, albo po po prostu byłoby to kompletnie niemożliwe, bo przecież się nie rozerwę i nie będę w dwóch miejscach jednocześnie. Tak czy siak, oficjalny pierwszy dzień 3-majówki rozpocząłem od koncertu Me And That Man, na który polowałem od momentu premiery debiutanckiego krążka, Songs About Love And Death.

Bardziej szczegółowo o występie nowego projektu Nergala napisałem w osobnym artykule, natomiast tutaj tylko delikatnie wspomnę, iż potwierdziły się wcześniejsze spekulacje i szeregi kapeli opuścił John Porter. Na jego miejsce za to wskoczył równie utalentowany, ukraiński artysta, Sasha Boole. Wraz z Nergalem i spółką został ograny okrojony materiał z pierwszej płyty. Sam występ odbył się bez większych fajerwerków i raczej trudno było spodziewać się czegoś więcej. Nie mniej, bawiłem się bardzo dobrze i z naładowanymi bateriami mogłem rozpocząć swoją fotograficzną wojażkę.

Po małej przerwie na jedzenie i browara ;) z dumą udałem się pod scenę na Pergoli, bo o 18:15 rozpoczynał się występ naszych deathmetalowych zabójców z Vadera. Wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie zaliczyłem występu naszej narodowej chluby, zatem wypadało w końcu nadrobić zaległości. I jest mi z tego powodu dużo lżej na sercu, bo w przeciwnym wypadku wyszedłbym na totalnego frajera. Co jak co, ale Peter i reszta chłopaków zagrali jak na prawdziwą ikonę śmierć metalu przystało. Było szorstko, szybko i brudno.

Następnie, udałem się z powrotem do Hali Stulecia, a za kolejny cel obrałem międzynarodową gwiazdę, Ayo. Może nie były to moje klimaty i nie zagrzałem tam na dłużej miejsca, ale bardzo byłem ciekaw z jakiej strony zaprezentuje się artystka z zespołem. No i muszę przyznać, że było całkiem przyjemnie. Po takim Vaderze, dźwięki z pogranicza soulu, reggae oraz folku były konkretną odskocznią i raz jeszcze mogłem na spokojnie naładować akumulatory, bez których raczej nie dotrwałbym do prawie samego końca tego dnia. A przede mną były jeszcze 3 projekty.

Kolejny na mojej liście był elektroniczny duet Bass Astral X Igo. Raz jeszcze nie miałem pojęcia czego się spodziewać, ale gdy na dobre rozkręcił się występ, ta mieszanka synth popu, electro i dance rocka zsynchronizowała się ze światłami, a swoje taneczne wygibasy rozpoczął wokalista Igor Walaszek, no to przyznam, urzekło mnie. Nawet pisząc tę relację, nie mogłem sobie odmówić puszczenia w głośnikach Juno, utworu pochodzącego z ostatniej płyty projektu, zatytułowanej Orell. Długo tam nie zagościłem, ale nie wykluczam możliwości ponownego wybrania się na koncert tego duetu, ale tym razem poświęcając mu zdecydowanie więcej uwagi.

Organek, zaraz obok Me And That Man i Bokki, był kolejnym punktem line-upu, którego nie mogłem po prostu przegapić. Może nie jestem wielkim fanem twórczości Pana Tomka, ale klasyczne już Głupi ja, czy również niczego sobie Mississippi w ogniu stale gości na mojej playliście, a słuchanie tychże utworów zawsze poprawia mi dzień. Nie inaczej było podczas, nazwijmy to, nocnego koncertu, bo jednak jakby nie patrzeć, Organek pojawił się na scenie po godzinie 23:00, kiedy to już zaczyna łapać zmęczenie. Co tu więcej mogę powiedzieć - mistrz po prostu wyszedł i pozamiatał zebrany tłum, a trzeba przyznać, że jak na taką porę ludzi było od groma, natomiast po zakończonym występie wnętrze Hali całkowicie opustoszało. A do końca dnia pozostały jeszcze 2 formacje.

Bokka co prawda wystąpiła jako przedostatni zespół, aczkolwiek dla mnie był to już zdecydowany pas. Rozmyślałem jeszcze, czy nie zaliczyć Ostrego, ale ostatecznie odpuściłem. Niestety, ale troszeczkę się przejechałem na zespole. Po mocnym podjaraniu oraz przeboleniu faktu, iż 2 lata temu podarowałem sobie ich występ, w tym roku powiedziałem twardo, że choćby meteory spadały, to zostanę. Zostałem. Ale po przepisowych 3 numerach się zwinąłem. Z jednej strony, z każdą mijającą sekundą moje powieki stawały się coraz cięższe, a z drugiej, całej sytuacji nie pomagał fakt ciemnego i usypiającego oświetlenia. Do tego kapela tworzy baaardzo specyficzny rodzaj muzyki, który wymaga jednak czasu, aby dobrze się w niego wczuć, a godzina 00:35 jest niezbyt przychylna takim zabiegom. Zwłaszcza po całym dniu chodzenia w tą i z powrotem. Tak więc, po budującym Intro oraz Paper Fuse i Button z najnowszej płyty Life on Planet B spakowałem sprzęt, z lekko grymaśną miną opuściłem fosę i w towarzystwie dwóch koleżanek opuściłem teren imprezy. Nazajutrz trzeba było być w pełni sił i tym razem spiąć już dupę, ale o tym w osobnym wpisie.

Reklama
Nie przegap nowości!
Polub nasz profil na FB!
Już lubię. Nie pokazuj ponownie.
Nie przegap ważnych informacji!
Otrzymuj powiadomienia o nowościach na stronie
NieTAK
Nie przegap nowości!
Polub naszą stronę na Facebooku!
Już lubię. Nie pokazuj więcej tego komunikatu.