Reklama
24-03-2017 |Recenzje

Rammstein: Paris

Pierwotnie miałem nic nie pisać na ten temat, ale później stwierdziłem, że koncert na ekranie w Multikinie to też jakieś muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ono zespołu, który od samego początku istnienia w ogóle się nie nudzi, który pomimo wieku dalej gra w tym samym składzie, który w trakcie swoich występów jest momentami skrajnie kontrowersyjny i który ma ogromną rzeszę fanów na całym świecie. Rammstein to bez wątpienia jeden z największych i najlepszych produktów eksportowych Niemiec, a 23 marca świat mógł ujrzeć kolejną koncertówkę, zarejestrowaną również w marcu, ale roku 2012 w Palais Omnisports de Paris-Bercy w ramach trasy ‘Made in Germany’.

Reklama

Film z prawdziwego zdarzenia

Nie będę się tutaj rozpisywał o scenografii, użytych zabawkach i takim tam bajerom. Wszystko to można spokojnie wynaleźć na YouTube, tak samo jak pełny koncert, zatem sami możecie zobaczyć, co się działo 5 lat temu. Bardziej chciałemm się skupić na samym montażu filmu i zastosowanym efektom, gdyż co tu dużo mówić, "Rammstein: Paris" to pełnometrażowy film z prawdziwego zdarzenia. W porównaniu do dotychczasowych Live aus Berlin, Völkerball, czy też Amerika, Paris jest ponad nimi wszystkimi. Zresztą, za produkcję tego arcydzieła odpowiadnia nikt inny jak Jonas Åkerlund, szwedzki reżyser filmowy, który już miał przyjemność stworzyć dla R+ pare klipów jak przepocone Mann gegen Mann, uber-porno Pussy, przepiekne Ich tu dir weh oraz bekowe Mein Land. Gość po prostu zna chłopaków nie od wczoraj i wie, jak ich zadowolić, a z tym nigdy nie miał większych problemów. Wywiady z nim również do znalezienia na YT ;)

No ale piszę, że koncertówka super, że oglądało się przyjemnie, że Pan Jonas odwalił kawał świetnej roboty, tylko zasadnicze pytanie brzmi, co tak naprawdę zrobił? A no śpieszę z wyjaśnieniem.

Ujęcia

Tylu porozmieszczanych kamer to ja jeszcze nie widziałem. Praktycznie w każdym rogu hali i sceny, czy to tej dużej, czy to tej małej, była przynajmniej jedna sztuka tego ustrojstwa. Kamerzyści wśród ludzi to raczej nic odkrywczego, ale kamera nad publicznością, umieszczona na samym dachu hali, dodawała uroku, zwłaszcza jak ten tłum zaczął się poruszać pod wpływem mocniejszego przyłożenia. 

Montaż

Dynamika filmu powalała, tak samo jak nakładające się ujęcia połączone z bardzo profesjonalną synchronizacją. Każde uderzenie w perkusję, w gitarę lub głupi mikrofon było pretekstem do zmiany punktu widzenia. Przy powolnych kawałkach jak Mutter lub Ohne dich przejścia były wręcz płynne, a nakładające się ujęcia jak np. zbliżenie na gębę Tilla, która sama w sobie była lekko przeźroczysta, ostrzenie noża na Mein Teil, czy migająca postać śpiewającej kobiety z wielkimi oczyma przy Engel robiło cudowne wrażenie. Gdy jednak kawałki były szybsze, to przejścia były ostre. Kamera latała z miejsca na miejsce i nie było sytuacji, żeby dane ujęcie trwało więcej niż 1-2 sekundy. W pamięci utkwiła mi końcówka jednego utworu, chyba Mein Teil, która obfitowała w bardzo szybko migające światła i mixy z kamerami. Widok niezbyt polecany osobom cierpiącym na epilepsję. 

Efekty specjalne

Tytuł każdego utworu był wyświetlany na ekranie za pomocą indywidualnej animacji i tak np. Feuer Frei! zostało przedstawione za pomocą płomieni, Mutter za pomocą napisu wykonanego spray'em, Mein Teil był pokryty imitacją krwi, Bück dich męskim nasieniem, a Pussy przypominało logo klubu gogo. Oprócz tego był również efekt slowmotion, który moim zdaniem pojawiał się aż za często. Spowolnienie swietnie podkreślało sceny z płomieniami, zabawy z pirotechnicznym łukiem, ale czasami można było odnieśc wrażenie, że jest tego za dużo. Przede wszystkim utkwił mi w pamięci moment, gdy zespół stał na wprost publiczności bijącej gromkie brawa przed bisami, nic poz tym się nie dało, no ale ktoś postanowił tą scenę rozciągnąć w czasie.

Nagłośnienie

Tutaj nie mam się do czego przyczepić, a przynajmniej jeśli chodzi o sprawę ze strony producenta. Wszystko było doskonale wyważone, a tak pospolite rzeczy jak bicie pejczem, czy rzucanie statywem wręcz odczuwalne. Zupełnie jakbyśmy stali dosłownie obok muzyków.  Jedynie miałbym retoryczne pytanie do obsługi kina, nie dało się zrobić ciut głośniej? :D

Nikt co prawda nie ogłuchł, basy były nawet mocne, no ale liczyłem na trochę mocniejsze uderzenia w okolicy klatki piersiowej. #Życie

Coś jednak nie pykło

Jeśli już zacząłem wytykać wady, to lekki zawód poczułem jeśli chodzi o ilość utworów, które de facto zostały zagrane na tym koncercie. Przed seasnem zapoznałem się ze setlistą, aby mieć mniej więcej obraz tego, co mnie czeka. Podczas samego oglądania okazało się, że z 21 numerów aż 5 zostało wyciętych i to w sumie szlagierowych. Spowodowało to małą konsternację, gdy nagle okazało się, że Richardteleportował się z dużej sceny, na mniejszą, znajdującą się wśród publiczności, a cały trip zajął mu mniej niż 30 sekund, choć normalnie trwałoby to zdecydowanie dłużej. Co innego, gdy np. zespół wraca na backstage, następuje ciachnięcie, aby za chwilę wyjść ponownie, gotowym zaserwować kolejnego kopa, a co innego, gdy muzyk w jednej chwili znajduje się w punkcie A, a za momencik w punkcie B oddalonym o pare, dobrych metrów. No tak trochę dziwnie.

Na koniec wspomnę o delikatnej wpadcę, którą zaliczyło kino. Nic wielkiego, ale lekki przypał był. Otóż przy napisach końcowych, jak to zreguły bywa, naturalną reakcją ludzi jest zmierzanie ku wyjściu. Zapaliło się światło, wszystko niby w porządku......a tu nagle zonk, bo na ekranie pojawia się Ollie, pogrywający na na akustyku pożegnalne Frühling in Paris, a ludzie nie wiedzą, co się dzieje ;D
Podobna reakcja musiała nastąpić po wejściu na salę przez spóźnialskich, którzy pewnie stwierdzili, że blok reklamowy potrwa tradycyjnie z 20min, zatem można przyjść później a tutaj niespodzianka, bo koncert trwał już od dobrych 15min, a same reklamy zmieściły się w niecałe 5min.

Podsumowując, był to moim zdaniem najlepiej zobrazowany występ w historii zespołu. W porównaniu do poprzednich koncertówek Paris jest arcydzielem, które zachwyca pod każdym względem. Jonas Åkerlund poraz kolejny stworzył coś pięknego na tyle, że warto zaopatrzyć się w nadchodzące DVD. Całość zleciała bardzo szybko i byłem w niemałym szoku, gdy rzeczywiście trzeba było już wychodzić, choć zdawało mi się, iż dopiero usiadłem ;)

Reklama
Podziel się ze znajomymi!
Autor
Skin
Tagi
Rammstein
Komentarze