Czy chcesz otrzymywać powiadomienia o nowościach na stronie?
Nie terazWłącz powiadomienia

Męczenie Owiec - Pro Life - recenzja

Płyta gostyńskiego zespołu z pewnością trafi w gusta osób szukających starego, dobrego grania!

Reklama

Męczenie Owiec przewinęło się w mojej głowie już wielokrotnie. Kiedyś miałam okazję posłuchać kapeli tu i ówdzie na koncertach. Nigdy nie myślałam, że w przyszłości będę miała okazję zrecenzować płytę zespołu, i to nawet nie jedną.

Na początek obrałam Pro Life. Cały album składa się z 10 kompozycji, które nie należą do najkrótszych. Sam otwierający kawałek, Droga na Północ, to ponad 7 minut i nie jest to najdłuższy track na całym krążku. Co najważniejsze w tym wszystkim, czasówka nie jest tu wymuszona. Czuje się autentyczność tworzenia i rozmyślnie poukładanie, bez sztucznych zabiegów “dodajmy jeszcze pętelkę tego i tego, to będzie dłuższy”. Wiecie, co mam na myśli? ;)

Zastanawiałam się jak napisać o płycie - ogólnie czy rozbierać ją na poszczególne kawałki. Na pierwszy "rzut ucha" całość wydaje się być bardzo spójna. Jednak po dłuższym konsumowaniu muzyki i zagłębianiu się w poszczególne jej fragmenty, znajduje się wiele różnorodnych kąsków, o których trzeba wspomnieć w osobnych akapitach. Zacznę więc od końca - od ballady The other side, która nie wychodzi mi z głowy.

To jedyny utwór na całym albumie Pro Life, którego tekst jest w języku angielskim. Zdecydowanie też to najwolniejszy kawałek, który mocno wpływa na samopoczucie, skłaniając człowieka do refleksji. Nie tylko tekst i tempo są tu inne, bo samo brzmienie The other side także odbiega od innych nagrań. Jest mniej "brudny" przez co automatycznie łagodniejszy. Nawet wokal ma dużo cieplejszą barwę, a wszystko to kompleksowo łączy się z przekazem. I co prawda, pojawiają się ostrzejsze momenty, ale są one dla mnie jedynie podkreśleniem całości, szczególnie solówka pod sam koniec.

W podobnym tonie jest Guantanamo, który bardzo dobrze znałam wcześniej, zanim trafiła do mnie płytka. I tu muszę zaznaczyć, że to jedna z tych nut i jeden z tych tekstów, które pomagają podczas gorszych dni. Mimo tego, że jest mowa tu o zniewoleniu i bezsilności, to jednak całość dodaje pewności siebie. Taka mała ucieczka do swojego świata... Jeśli szukacie czegoś spokojnego, dającego refleksję, ale przy okazji i siłę - Guantanamo jest najodpowiedniejsze. I warto wspomnieć tu jeszcze słówko na temat samej pracy instrumentów. Perkusja rewelacyjnie prowadzi słuchacza przez cały utwór, wpisując się w ton wokalu. Z kolei gitary tworzą sklepienie, otaczające cały mikroświat.

Kolejnym, równie wzniosłym, kawałkiem jest Misericordia. Mogłabym pisać tu wiele, ale chyba najlepiej przytoczyć słowa refrenu, które mówią wszystko:

Może być tylko jedna, która jest nieśmiertelna.

Żadną skazą nie tknięta.

Ona - miłość jedna!

Ale nie samymi “smętami” człowiek żyje;) Na Pro life mamy łącznie 10 utworów, z czego większość to ostre, surowe brzmienia z pogranicza rocka i metalu. Pamiętacie pierwsze płyty Illusion czy Proletaryat i klimat jaki na nich panował? Na albumie Męczenia Owiec nie brakuje takich zajawek rodem z lat 90-tych. Już wsłuchując się w pierwszy utwór, którym jest Droga na północ, przekonałam się, że stary, dobry, polski rock ma się dobrze.

Z tej dyszki bardzo przypadł mi do gustu m.in Gniew o buntowniczym tekście i adekwatnym, gitarowym uderzeniu z melodyjną, szybką solówką pośrodku. Wspomniana surowość ma tu swoje ujście w pełnej okazałości, podobnie zresztą, jak w Stop manipulacji, gdzie niskie brzmienia przechodzą w gitarowy galop przerywany nieco manifestacyjnymi wtrąceniami wokalnymi.

Człowiek machina oraz Ofiary upadłej Wenus to kawałki, które najbardziej mi się podobają z całej płyty. Są mocne, brudne od iskrzących gitar, szeleszczących talerzy (szczególnie w Ofiarach), a przy tym zachowują melodyjność. Do tego ponadczasowe teksty, które osadzić można w najróżniejszych aspektach żywota ludzkiego. Już nie pamiętam czy akurat te utwory miałam okazję usłyszeć na żywo, ale zdecydowanie pod sceną dadzą niejednemu słuchaczowi kopa!

Źle byłoby, gdybym nie wspomniała o tytułowym numerze. Pro Life to najbardziej melodyjny aspekt płyty i świetnie oddaje jej całe sedno. Dla mnie jest łącznikiem pomiędzy lżejszą, a cięższą warstwą muzyczną albumu. I nie wiem, czy też nie jest to najbardziej nośny utwór, bo sam tekst i melodia bardzo łatwo wpada w ucho zapisując się w zwojach na stałe. Serio - wystarczy raz posłuchać, by po chwili nucić refren! Z resztą, co się będę...

I może się powtórzę, ale cały album Męczenia Owiec to dla mnie naprawdę powrót do muzyki, na której się pośrednio wychowałam. Nie ma tu dozy elektroniki i mnóstwa efektów, które sprawiają, że płyta jest gładka, wazeliniasta i trafi w gusta każdego, niezależnie czy słucha popu, rapu czy rocka. Nie. To album dla ludzi szukających raczej alternatywy dla tej popularnej muzyki oraz specyficznych tekstów oprawionych rockowym brzmieniem. To płyta, przy której trzeba się skupić i jej naprawdę posłuchać, a nie puścić w tle do sprzątania. Krążek, który będzie znaczyć więcej, gdy się w niego zagłębimy, zamiast jedynie wrzucić w odtwarzacz.

Zatem, jeśli macie możliwość zdobycia Pro Life lub wybrania się na koncert Męlczenia Owiec - zróbcie to. Koniecznie!

Reklama
Nie przegap nowości!
Polub nasz profil na FB!
Już lubię. Nie pokazuj ponownie.
Nie przegap ważnych informacji!
Otrzymuj powiadomienia o nowościach na stronie
NieTAK
Nie przegap nowości!
Polub naszą stronę na Facebooku!
Już lubię. Nie pokazuj więcej tego komunikatu.