Czy chcesz otrzymywać powiadomienia o nowościach na stronie?
Nie terazWłącz powiadomienia

Machine Head "Catharsis" - recenzja

26 stycznia odbyła się premiera dziewiątego, studyjnego krążka słynnej grupy z kalifornijskiego Oakland. Krążka, który zdecydowanie podzielił fanów kapeli.

Reklama

Czekałem na ten album z ostrym wypiekiem na twarzy. Kiedy do sieci trafił pierwszy singiel Beyond The Pale, zapowiadający w końcu najnowszy krążek, moja radość nie znała granic, a apetyt na całą resztę tylko się zwiększył.

Nim zacznę rozbijać album na części pierwsze i wymieniać co mi się w nim podobało, a co wręcz odpychało, raz jeszcze sparafrazuję słowa samego Robba, w których zawarte było swego rodzaju ostrzeżenie. Mianowicie, lider Machine Head do bólu powtarzał, że najnowsze Catharsis będzie płytą o lżejszym i bardziej melodyjnym brzmieniu i że fani powinni dać sobie na wstrzymanie oraz zbytnio się nie nakręcać, ponieważ to, co przyjdzie im usłyszeć nie będzie kolejnym The Blackening, ani innym równie masywnym albumem.

I tak też się stało. Catharsis na prawdę nie jest na tyle mocne, jak wydany w 2007 roku krążek. Nie jest też, wbrew temu, co inni piszą, kopią znienawidzonego przez ogromną rzeszę odbiorców The Burning Red. W rzeczywistości, płyta miesza masę różnych stylów, przez co nie jest monotonna i każdy jest w stanie znaleźć ulubiony kawałek, który następnie będzie nucił przez długi czas. Mnie osobiście kupił w całości tytułowy numer, który spokojnie mógłby otwierać album, zamiast mocno agresywnego Volatile. Intro z Catharsis zdecydowanie lepiej wprowadza słuchacza do muzycznej jamy, w której przyjedzie mu spędzić lekko ponad godzinę.

Przy omawianiu płyty trudno pominąć temat wylanego na zespół hejtu, który z każdym następnym singlem tylko się potęgował. Otóż, całe to pieprzenie o rapowaniu, o nu metalu jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Gdzieś się spotkałem z tekstem, że nu powinno umrzeć. Pytam się, z jakiej racji? Serio, chciałbym się dowiedzieć, co tak bardzo w tym gatunku drażni tych wszystkich true metalowców. Oczywiście, na płycie są akcenty nu metalu i przeklętego, jeszcze przed pojawieniem się albumu, rapowego wokalu Robba. Kawałek Triple Beam jest tego bradzo dobrym przykładem. Nie ma prawa on się spodobać każdemu, bo nie musi, ale plucie jadem tylko dlatego, bo ktoś sobie ubzdurał kompletnie inną płytę jest dla mnie niepojęte.

Poza nu, na płycie można trafić również na iście punkowe kompozycje jak Kaleidoscope, Psychotic czy Bastards, w których wyczuwa się mocne wpływy Dropkick Murphys. Szczególnie z tego ostatniego kawałka będą zadowoleni fani doszukujący się braku pomysłów na muzykę, no bo nagranie jednego numeru z 15, który brzmi podobnie stylistycznie do innego zespołu to już poważne przestępstwo. Podobna sytuacja z Beyond The Pale, no bo jak to tak można było zapożyczyć riff ze Strapping Young Land i poddać go delikatnej przeróbce? A no można było i co najlepsze, nawet główny zainteresowany, Dewin Towsend nie widział w tym pomyśle, po pierwsze, nic złego, a po drugie, sam przyznał, że i jemu zdarzyło się raz zerżnąć w całości motyw, co z resztą obrócił w żart. Czy ktoś mu to wypomniał? Chyba nie, ale przyczepmy się do Machine Head. Nie można również nie wspomnieć o balladowym Behind A Mask, które łatwo wpada w ucho i uważam, że w trakcie koncertu byłoby dobrym momentem do zrobienia małej przerwy przed dalszą rzeźnią.

Owszem, na Catharsis zdarzają się również utwory, które dla mnie samego mają bardzo dziwną budowę i nie uznaje ich za mistrzostwo sztuki. Jednym z nich jest, najdłuższy ze wszystkich, Heavy Lies The Crown. Ponad 8 minutowa kompozycja, która na początku niemiłosiernie się przeciąga, w środku nie wyróżnia się kompletnie niczym i dopiero z końcem numeru zaczynam odnosić jakąś frajdę z jego słuchania. W kwestii samego śpiewu również zdarzają się dość dziwne odpały, gdyż Flynn czasami za bardzo daje się ponieść fantazji i zaczyna wręcz jęczeć, patrz Bastards. Czemu ma to służyć, nie wiem, ale brzmi to, delikatnie mówiąc, dupnie. Już wolę Fenriza z Darkthrone i jego pełen bólu wokal w Quintessence. On przynajmniej jest w stanie mnie rozbawić w kulminacyjnym punkcie. Zamykające wydawnictwo Eulogy także nie wywołuje u mnie większych emocji. Po prostu jest i tyle.

Co by jednak złego nie mówić, na płycie widzę kawałki, o których już teraz mam zdanie, że na żywo będą brzmieć co najmniej dobrze i nawet najwięksi krzykacze pójdą na nich w kocioł. Catharsis, Beyond The Pale, Kaleidoscope, Psychotic, Volatile, nawet Screaming At The Sun dałoby radę wyrwać największego przeciwnika Machine Head.

Tekstów nie analizowałem aż tak szczegółowo, ale nie idzie w żaden sposób oprzeć się wrażeniu, że Robb jest mocno wkurzony panującą sytuacją polityczną. Zdarza mu się także powielać pewne sformułowania, co niestety nie wpływa pozytywnie na całokształt numeru. Słuchanie po raz n-ty 'sick' i 'fuck' bardzo szybko męczy i raczej przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.

Słowem wspomnę jeszcze o dołączonej do mojego zestawu płytce DVD z zarejestrowanym koncertem z San Francisco z 2015 roku, który promował poprzednią płytę Bloodstone & Diamonds. Jeśli komuś nie przypadnie do gustu Catharsis, to koncertówka powinna kompletnie poprawić mu humor. Już otwierające całe show Imperium przyprawiło mnie o solidne ciary. Dalej jest tylko lepiej, ponieważ tracklista opiewa w przeważającej ilości w same hiciory. Mamy chociażby Beautiful Morning, Locust, moje kochane Davidian oraz Halo, Aesthetics Of Hate, czy Now We Die oraz Ten Ton Hammer, których mogliśmy posłuchać już dużo wcześniej na Youtube.

Wszystko zostało nagrane z zachowaniem najwyższych standardów. Nie ma tutaj miejsca na jakieś pierdolniki, efekty specjalne, czy inne niepotrzebne wstawki. Od początku do końca mamy czyste koncercicho, wypełnione po brzegi metalheadami. Generalnie jakość wykonania numerów stoi na przyzwoitym poziomie, chociaż momentami można się delikatnie przyczepić do wokalu Robba i chórków w wykonaniu Phila, które czasami są za ciche i bardziej przypomina to mruczenie pod własnym nosem. Z kolei, pod względem wioseł i perki, nie mam powodu, żeby cokolwiek wytknąć. Każdy instrument jest na swoim miejscu i żaden nie zagłusza drugiego, a przynajmniej na moich JBLach nie ma zniekształceń, natomiast słuchając bardzo potężnie zarejestrowanego Beneath the Silt nie można sobie odmówić solidnego headbanga.

Całość trwa ponad 2 godziny, a oglądając materiał, aż chciałoby się wskoczyć do tego dzikiego tłumu! Jedynie czego mi żal, patrząc na to show, to że kapela do dzisiaj nie ogłosiła żadnego koncertu w Polsce, mimo że zagrają u paru naszych sąsiadów. Smutek i rozgoryczenie ogarnia moje serducho i pozostaje mieć tylko cichą nadzieję, że ten stan rzeczy czym prędzej się zmieni, a na razie pozostaje mi czerpać błogą przyjemność z oglądania tego miłego dla oka gigu z browarem w łapie...

Tracklista:

  • Imperium
  • Beautiful Morning
  • Now We Die
  • Bite The Bullet
  • Locust
  • From This Day
  • Ten Ton Hammer
  • This Is The End
  • Beneath The Silt
  • The Blood, The Sweat, The Tears
  • Darkness Within
  • Buldozer
  • Killers & Kings
  • Davidian
  • Descend The Shades Of Night
  • Now I Lay Thee Down
  • Take My Scars
  • Aesthetics Of Hate
  • Game Over
  • Old
  • Halo

Reklama
Nie przegap nowości!
Polub nasz profil na FB!
Już lubię. Nie pokazuj ponownie.
Nie przegap ważnych informacji!
Otrzymuj powiadomienia o nowościach na stronie
NieTAK
Nie przegap nowości!
Polub naszą stronę na Facebooku!
Już lubię. Nie pokazuj więcej tego komunikatu.