Reklama
23-01-2019 |Recenzje

Hope - Name It - recenzja!

Po genialnym Da Best Of z 2014 roku oraz małej zmianie w składzie, poznańska grupa wraca ze swoim najnowszym dziełem. Tym samym zespół udowadnia, że ciężką pracą i poświęceniem można czynić rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się niemożliwe.

Reklama

Rok 2019 trwa zaledwie 3 tygodnie, ale już teraz można powiedzieć, że rozpoczął się z konkretnym przytupem. I nie mam tu na myśli kolejnej płyty od Nocnego Kochanka, której unikam jak ognia, dbając jednocześnie o swoje dobre samopoczucie. ;) Nie. Nowy rok wydawniczy rozpoczął się dla mnie od premiery najświeższego krążka poznańskiej grupy Hope, przed którą pojawiło się karkołomne zadanie. Nagrać płytę, która przynajmniej dorówna sukcesowi, z jakim spotkało się wydane przed czterema latami wybitne Da Best Of.

Nie ukrywam, że po odejściu Zimy trudno było mi sobie wyobrazić, jak potoczy się kariera Hope. Niedługo po tym fakcie, zespół wystąpił m.in. we Wrocławiu, a sam koncert nie zapadł jakoś szczególnie dobrze w mojej pamięci. Przede wszystkim było czuć, że kogoś w tym teamie brakuje, że w utworach jest pewnego rodzaju pustka, którą z trudem wypełniał sam Kroto. Najbardziej ucierpiał na tym utwór We Change da World, który zostało wykastrowany z charakterystycznego darcia ryja. Po genialnym koncercie na Woodstocku w Pokojowej Wiosce Kryszny w 2015 roku moja miłość do tej kapeli wystrzeliła do góry i bardzo szkoda było, aby zespół miał teraz przepaść. Potrzebne były gruntowne zmiany.

Czas mijał i w końcu zaczęły pojawiać się pierwsze przecieki dotyczące nowego krążka, ochrzczonego po prostu jako Name It. Ktoś mógłby teraz rzec, że zespół się nie postarał, ale w tym szaleństwie jest jednak metoda. Zamiast wymyślać jakieś dziwne nazwy, niech słuchacz, po zapoznaniu się z materiałem, sam zdecyduje, jaki tytuł powinna nosić płyta. Dla niejednej osoby płyta zostanie odebrana Da Best Of 2, ponieważ co tu dużo mówić,  album wy*******a z kapci już po pierwszych minutach. No właśnie, co w nim takiego super, że nadal bez namysłu gwałcę przycisk replay?

Przede wszystkim, chłopaki zrobili mega postęp i zgodnie z tym, co mówili w wywiadach, kompletnie przearanżowali swoje brzmienie. Nie oznacza to, że nagle Hope porzuciło uliczny rapcore i nu-metal na rzecz bardziej poważnych dźwięków. Nie, nic z tych rzeczy. Zespół po prostu dojrzał i to, co pierwotnie wydawało się niemożliwe, przerosło wszelkie oczekiwania. Tak proszę Państwa, Da Best Of doczekało się godnego następcy i mimo skromnych 12 utworów względem poprzednika oraz braku Zimy na wokalu, zarówno album jak i muzycy bronią się na każdym kroku. Słychać, że kapela wyciągnęła wnioski i spróbowała tym razem wykreować własne, reprezentatywne brzmienie, niwelując przy tym lukę spowodowaną brakiem drugiego wokalisty. Owszem, poza nielicznymi przypadkami dalej czuć wpływy Limp Bizkit, czy Korn, ale bądź co bądź nie jest to już to samo Hope, co kiedyś.

Żeby w całości poznać Name It będziemy potrzebowali standardowych 45 min. Muzycznie mamy zarówno wpierdolniki, przy których nie zabraknie dzikiego pogo (Tekken, Golden Boy, Nuthin but a Bitch, No war), nieco łagodniejsze, ale nadal równie skoczne i pozytywne w odbiorze kawałki (Most Bida Muzik, Lego, Miło, Alkodisko), czy typowe wyciskacze łez, przy których zatrzymamy się troszeczkę dłużej (Sunny, Tired of Waiting). Z niektórymi mogliśmy zapoznać się przed premierą Name It i już wtedy dostaliśmy dobry sygnał, że Hope srogo wzięło się do roboty i nie obijało się w studio.

Dla mnie niezaprzeczalnie najlepszymi trackami są właśnie Lego, MiłoSunny łamane przez Tired of Waiting. Ten pierwszy to koncertowy hit bez dwóch zdań. Miałem okazję usłyszeć go na żywo podczas zeszłorocznego Pol'And'Rock i widziałem, co ten numer potrafi zrobić z ludźmi. Po przesłuchaniu płyty nie mam żadnych wątpliwości - ten kawałek, pełny skocznego groove'u, nie pozwala usiedzieć na miejscu, a nóżka aż sama rwie się do tańca.

Jeszcze lepiej kreuje się sytuacja w przypadku Miło, gdzie kapela informuje w jak dobrych relacjach są ze sobą muzycy (mamy się bardzo dobrze, znamy się zajebiście) i przede wszystkim zdradza, iż całe nasze życie polega na tym, żeby było po prostu Miło. Bez spin, bez niepotrzebnego hejtu. Tylko wtedy można znaleźć wyjście z każdej opresji. Nawet u takiego nadętego smutasa jak ja morda sama się cieszy, słuchając tego cudownie dopracowanego numeru. Wisienką na torcie jest kojący nasze uszy bridge, zajebiście dobrze wpleciony z nakręconym klipem. Jeśli zaś chodzi o Sunny i Tired of Waiting, to trudno jest jest je opisać słowami. To drugie i tak już mocno namieszało, i dla mnie samego jest to *(Gwiazdka) vol.2, tylko na jeszcze większym wypasie.

Powiedziałem, że na płycie nie brakuje nawiązań do elity rapcore oraz nu-metalu. Idealnym tego przykładem jest Golden Boy. Korn w 100%. Pewnie zaraz znajdą się tacy, którzy będą twierdzić, że przesadzam, ale naprawdę, Złoty Chłopiec stylistycznie bardzo przypomina Kukurydzę. Podobnie ma się sprawa z No War oraz Tekkenem. Fani cięższych brzmień i spragnieni mordobicia będą jak najbardziej usatysfakcjonowani. Nieco dziwnie wypada Nuthin but a Bitch, ale może to kwestia przyzwyczajenia. Ile razy to już było, że dany numer wydawał się słaby, a po kilkudziesięciu przesłuchaniach zaczął być odbierany jako jeden z najlepszych?

Pamiętacie ten nieco popaprany klimat z Put Ya Handz UpAlkodisko ze swoim czysto elektronicznym vibem wchodzi na jeszcze wyższy poziom i jak sama nazwa wskazuje, przy tym kawałku nie jedna butelczyna z dobrym trunkiem pójdzie w obroty. Nie wiem za to zupełnie, co mam powiedzieć o Zero. Po prostu "se" jest. Za to zamykający płytę Fuego odbiega od całej reszty. Pierwsze 2 i pół minuty przywodzą mi na myśl Soulfly, który zawsze kończy swoje płyty plemiennym ambientem. Różnica jest jednak taka, iż Hope długo nie wytrzymuje z takim graniem. W ostatnich momentach chwyta za gitary i naparza tak do wyczerpania materiału. 

Materiału, który ponownie jest rozbudowany i nie męczy w trakcie słuchania. Poza gitarami nie brakuje rzecz jasna sampli, scratchy czy ogólnie rzecz biorąc elektroniki. Kroto w wersji solo wypada lepiej niż mogłem sobie wyobrazić  i już nie mogę się doczekać występów na żywo, w trakcie których tradycyjnie będzie gruby Bang! Zresztą, za całą produkcję Name It należą się owacje na stojąco. Brzmienie jest czyste, selektywne i  poziomem może równać się ze światową czołówką.  Długo przyszło nam czekać na końcowy produkt, ale jestem w stanie wybaczyć tą przeciągającą się w czasie zwłokę, gdyż nasza cierpliwość została sowicie nagrodzona. Calusieńki krążek znajdziecie bez problemu na Spotify, Tidalu, czy poczciwym YouTube, ale po takiej dawce emocji warto wyłożyć kilka złociszy i postawić album na półce.

I w sumie tyle z mojej strony, ale nie oznacza to, że definitywnie kończymy temat z Name It. Ja skupiłem się na melodyjnym aspekcie płyty, zaś Wiewiórka opowie nieco więcej o samych tekstach we własnej recenzji, która jakoś niebawem trafi na stronę. Płyta jest na tyle dopracowana, że jedna osoba nie jest w stanie tego ogarnąć jak należy.

Track lista:

  • Most Bida Muzik
  • Sunny
  • Lego
  • Miło
  • Tekken
  • Zero
  • Tired of Waiting
  • Golden Boy
  • Alkodisko
  • Nuthin but a Bitch
  • No War
  • Fuego

Reklama
Podziel się ze znajomymi!
Autor
Skin
Tagi
Hope
Komentarze