Czy chcesz otrzymywać powiadomienia o nowościach na stronie?
Nie terazWłącz powiadomienia

Finnegan's Hell - Life and Death - recenzja

Długo zbierałam się, by napisać o nowej płycie Finnegan’s Hell, bo zawsze coś wkradało się pilnego do zrobienia. Ale tak oto w końcu znalazłam czas, by przelać odczucia na papier.

Reklama

Zacznę od tego, że album Life and Death miał swoją premierę 23 lutego i jest to drugi longplay Finnegan’s Hell, który został wydany 4 lata po debiucie. Niestety, w naszym kraju płyta nie jest dostępna w normalnej sprzedaży, więc pozostaje jedynie streaming, zakup na zagranicznych serwisach lub po prostu poprzez stronę: finneganshell.com. Swój egzemplarz dostałam prosto od chłopaków z zespołu, z którymi złapałam jakiś czas temu kontakt. Oczywiście krążek nie przypadkowo do mnie trafił ze Szwecji, ale o tym za momencik… zacznijmy od samego pudełka ;)

Jeśli oglądaliście unboxing, który pojawił się na profilu kapeli, to na pewno macie obraz tego, co zawiera wydanie. Na czarnej okładce Life and Death znajdziemy ośmiornicę w meloniku, trzymającą w mackach flaszeczkę oraz czaszkę. Ten obrazek mówi bardzo dużo o muzyce, jaką zawiera płyta. Jeśli chodzi o wnętrze oprawki, zawiera ono wyciągana książeczkę, a już w niej znajdziecie masę zdjęć z naszego Przystanku Woodstock i teksty piosenek. Powiem, ze jestem bardzo szczęśliwa, bo jedna z fotografii jest mojego autorstwa. Przy niej znajdziecie również tekst do utworu All In. Do całego wydania dołączoną miałam osobną fotografię z podpisami bandu, co również jest bardzo fajnym gratisem.

Shane MacGowan's Grave, Coal Mine oraz Paradise Town i Cursed

Otwieraczem drugiego longplaya Finnegan’sów jest numer Shane MacGowan's Grave. Kawałek z klipem wskoczył na zespołowy YT dzień przed premierą albumu, zatem większość już pewne go dobrze zna. Skoczna melodia ze specyficznym dźwiękiem fletu jest idealnym początkiem, a też z całą pewnością będzie dobrym kawałkiem koncertowym. Podobnie jest z Paradise Town czy utworem Coal Mine, które mają tak chwytliwe teksty, że po kilku odsłuchach po prostu zaczyna się podśpiewywać. Poza tym, to bardzo przyjemne dla ucha, harmonijne kompozycje, do których od razu tupie się nóżką. Przyznam jednak, że dla mnie numerem jeden jest trzeci kawałek na krążku, czyli Cursed, który wręcz uwodzi dźwiękiem fletu i typowym dla stylu brzmieniem.

Dance Upon Your Grave, All In oraz Wow Am I To Make It?

Jeśli szukacie czegoś bardziej skocznego, proponuję przesłuchać chociażby All In, w którym pojawia się banjo, fajnie zestawiające się z akordeonem! Jeszcze bardziej zwariowanym kawałkiem jest Wow Am I To Make It?, który od pierwszych nut galopuje i nawet na chwilę nie zwalnia. Podobnie jest z Dance Upon Your Grave, który zaczyna się jednak trochę poważniej, by za chwilę wrzucić słuchacza w muzyczny wir. Dla mnie to typowe, koncertowe wyciskacze potu, przy których można poszaleć.

The Bastard Son, Rude Awakening, Isn't It Grand Boys oraz One-Horse Town

W wielu kawałkach pojawia się, wspomniane wcześniej, Mickowe banjo, ale chyba najbardziej wychodzi ono na front w Rude Awakening, który znajdziemy na płycie pod numerem 4. Fantastycznie sprawił się tutaj Old Roxy, serwując akordeonową solóweczkę. Bajno równie fantastycznie wpisuje się w numer The Bastard Son. Z kolei słuchając piosenki Isn't It Grand Boys usłyszeć można nieco mocniejszą gitarę, za którą stoi Pabs. Początkowo utwór wydaje się wolny i dość ciężki, toporny, jednak pod sam koniec perkusja zaczyna akcentować nieco szybsze tempo, by na sam koniec się rozkręcić, jak to tylko Finnegan’s Hell potrafi robić najlepiej. Zaraz po tym kawałku mamy One-Horse Town, który również należy do tych, które najbardziej podobają mi się na całej płycie Life and Death. Tu akurat wpadła mi w ucho perkusja, a także chórki chłopaków w refrenie i znów, krótka solówka akordeonu przeplatana banjo.

Whatcha Gonna Do? oraz A Minute Of Silence

Whatcha Gonna Do? to utwór zamykający muzyczną wersję płyty. Dla mnie idealnie dobrany kawałek na sam koniec - jest mocny i ma zabójczy tekst z refrenem, który utkwił mi w głowie. Rozpoczyna się fajnym gitarowym riffem, choć później brzmienie instrumentu jest mocno stłumione na rzecz akordeonu. Do tego dochodzą mocne perkusyjne akcenty z bębnami, finiszującymi całość. A jak wspomniałam, utwór kończy muzyczną warstwę płyty, choć ostatnim songiem nie jest. Pojawia się bowiem numer 13, który na okładkowej trackliście oznaczony jest kolorem czerwonym, a nie białym jak reszta piosenek. Jak sam tytuł wskazuje, A Minute Of Silence to… minuta ciszy. Po takiej dawce treści, w której pojawia się temat śmierci, minuta ciszy jest zdecydowanie wskazana ;)

Jeśli lubicie prosty, celtycki punk, powinniście sięgnąć po wydanie. Nie ma tu żadnej muzyki eksperymentalnej, a raczej jest to kontynuacja stylu, jaki został zapoczątkowany na debiutanckiej płycie Finnegan’s Hell. Konkretny, pozytywny album (tworzyły go w końcu wariaty, w dobrym tego słowa znaczeniu), przy którym poprawi się wam humor. To bardzo dobra robota Szwedów i na pewno Life and Death mogę polecić szczególnie woodstockowiczom, którzy tak wspaniale bawili się pod Dużą Sceną 22 Przystanku Woodstock. Odbierając Złotego Bączka za koncert na Małej Scenie podczas wcześniejszej edycji festu, zespół zagrał premierowo sporo songów właśnie z Life and Death ;)

Reklama
Nie przegap nowości!
Polub nasz profil na FB!
Już lubię. Nie pokazuj ponownie.
Nie przegap ważnych informacji!
Otrzymuj powiadomienia o nowościach na stronie
NieTAK
Nie przegap nowości!
Polub naszą stronę na Facebooku!
Już lubię. Nie pokazuj więcej tego komunikatu.