Reklama
07-03-2018 |Recenzje

Biegun Zachodni - Pamiętaj kim byłeś - recenzja debiutanckiej płyty!

POLECAMY

Młodzi, utalentowani i czujący bluesa. Tak oto można w wielkim skrócie opisać rzeszowski kwintet, który w 2017 r. wydał swoją pierwszą płytę Pamiętaj kim byłeś.

Reklama

Mimo że bliższe mojemu sercu jest słuchanie ciężkiej i niekiedy doprawdy brudnej muzyki, za której brzmienie niektórzy już dawno posłaliby mnie do przytułku dla obłąkanych, czasami lubię sobie dla odmiany odpalić coś bardziej spokojnego, żeby raz na miesiąc profilaktycznie zrobić reset mojemu biednemu mózgowi. Czy to jakiś oldschoolowy rock, czy to nawet blusik spod palców ś.p. B.B. Kinga.

W tym miesiącu przyszło mi zapoznać się z debiutanckim dziełem zespołu Biegun Zachodni Pamiętaj kim byłeś, które ukazało się w 2017 roku, 4 lata po założeniu formacji w Rzeszowie. Nim przejdę do omawiania materiału, słów kilka poświęcę opakowaniu, ponieważ już sama okładka przykuła mój wzrok.

A spogląda z niej pięć par oczu, prawdopodobnie muzyków. Generalnie ktoś by powiedział, iż nic w tym fascynującego, ale przyglądając się zamieszczonemu obrazkowi, nie idzie oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już chyba widzieliśmy podobny motyw. Może to tylko moje zboczenie i pierwszy sygnał przyczepiania się do byle czego, ale bardzo przypomina mi to okładkę singla Czesława Niemena Dziwny jest ten świat. Przypadek? Może tak. To tylko takie moje skinowe spostrzeżenie, nie wpływające w żaden sposób na ocenę krążka.

Będąc jeszcze w temacie opakowania, po jego otwarciu dostrzegamy kilka zdjęć z koncertów grupy, jak również jedną, wielką fotę całego bandu. Młodzi, piękni, niektórzy długowłosi, inni bujnie zarośnięci na twarzy. Po wyjęciu płyty, oprawionej ciekawą grafiką, przywodzącą namyśl Dziki Zachód, widnieje nam m.in wypisany skład zespołu, informacje dotyczące produkcji, jak również tona podziękowań (wśród nich jedna Pani z dokładnie takim samym nazwiskiem jak moje, ale nie zdradzę, o które chodzi).

No dobra, skoro nudny wstęp mamy za sobą, to przejdźmy do konkretów. Nim do mych rąk trafiła fizyczna kopia krążka, szybko przeprowadziłem reaserch, żeby sprawdzić, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. No i muszę przyznać, że po odsłuchaniu kawałka Niewiele byłem bardzo mile zaskoczony.

Generalnie muzykę Bieguna określiłbym mianem podrasowanego Dżemu. Na płycie znalazło się 10 utworów, w przeważającej ilości idealnych do delikatnego bujania lub rozkoszowania się whiskaczem. Krążek otwiera numer Głęboki Wdech. Kawałek rozpoczyna się gitarami Kamila Dziedzica oraz Mikołaja Wróblewskiego, natomiast po sekcji rytmicznej z basistą Bartłomiejem Filipem oraz perkusistą Ernestem Dziecicem, bratem Kamila, ze słuchaczami wita się głos zespołu - Kamil Czupryś, który pełni także rolę klawiszowca. To, co w tym utworze zapada w pamięć to właśnie przewijające się w tle partie wspomnianego instrumentu oraz bardzo ciepły głos wokalisty. Słuchając Głębokiego Wdechu zostałem bardzo pozytywnie nakręcony na dalszy rozwój sytuacji, a tekst refrenu trafił we mnie bez pudła:

Nie warto płakać nad tym złem, i każdym zmarnowanym dniem. Otwieram oczy, biorę wdech. Odbiję sobie, nie martw się.

Następny na trackliście jest kawałek Lepiej Późno Niż Wcale, choć słowo kawałek jest tutaj dużym nadużyciem i nawet nie chodzi o to, że utwór trwa zabójcze 18 sekund. Po prostu jest to zwykły przerywnik, w którym jedyne co słyszymy, to jak ktoś mocnym pchnięciem zamyka drzwi, a następnie oddala się w nieznane, po czym chwyta za kolejną klamkę i...

I rozpoczyna się utwór numer 3 nazwany Za Wiarę. Tym razem muzyka przybiera nieco ostrzejszy wyraz, który będzie nam towarzyszył przez prawie całą płytę, a w głównym riffie na przód wysuwa się również bas z udziałem dodatkowego muzyka, Tomasza Guzka. Jak powiedziałem, Za Wiarę w porównaniu do otwierającego tracku serwuje nam bardziej przesterowane dźwięki i o ile nadal słucha się tego dobrze, o tyle jednak czegoś mi tutaj brakuje. Wyczuwam pewnego rodzaju pustkę, którą nie wiem do końca czym można by było wypełnić, aby utwór zbliżył się do ideału. Pewnie się jak zwykle czepiam, no ale taką już mam naturę.

Nieśmiertelni to opowieść o osobach, które z jednej strony już od nas odeszli, ale z drugiej dalej żyją w naszej pamięci. Dopełniający tekst motyw przewodni tylko podkreśla zacność owego kawałka, do którego chce się po prostu wracać.

Ale oni są obecni tu, w naszych słowach, w naszych snach. Nieśmiertelni są wśród nas.

Nie przerywając naszej podróży lecimy dalej i odpalamy piąty utwór nazwany Armia, w którym niestety nie znalazłem nic, co by bardziej przykuło moją uwagę. Utwór z cyklu "wysłuchać, przejść do kolejnego". Tak też uczynię.

Krzyk uznałbym za numer perfekcyjny, gdyby tylko nie to, że brzmi dla mnie zbyt "mułowato". Niestety bas i gitary zlewają się na tyle, że numer sprawia wrażenie spłyconego. Nie czuje się tego ciężaru, którym jesteśmy witani na początku kompozycji. Aż chciałbym usłyszeć ten numer na żywo, ponieważ jestem przekonany, że wypadłby zdecydowanie lepiej (będę wyczekiwał koncertów). Utwór jest jednym z najwolniejszych, taki lekko doomowy (hail Black Sabbath), ale nie zabrakło tutaj miejsca na mały eksperyment w postaci psychodelicznych zagrywek, czy wokalu Czuprysia potraktowanego delayem. Oj aż czuć tutaj Pink Floydów. Panowie, brawa, trafiliście w mój gust. Przy tym utworze można doprawdy nieźle odpłynąć.

Półmetek dawno za nami, pozostały jeszcze 4 pozycje. Nie tracąc czasu wpadamy z wizytą do Menela. Bardzo skoczy numer, który na pewno spodoba się niejednej osobie wymagającej od siebie czegoś więcej, niż tylko tupania nóżką w miejscu. Kolejny track Nie Ma Innej Drogi znów zwalnia i znów odbieram go jak numer do zwykłego zaliczenia i przeskoczenie do kawałka Niewiele, od którego zaczęło się moje zaznajamianie z zespołem. To, co mnie urzekło od pierwszych chwil, to po raz kolejny bajerancki wokal Kamila oraz partie gitarowe, które nadają numerowi żywiołowości. Inspiracja Led Zeppelin zauważalna z miejsca.

Ostatni na liście to tytułowy Pamiętaj Kim Byłeś - akustyczna ballada, przy której warto zamknąć oczy i cofnąć się myślami do przeszłości. Bardzo dużo dający do myślenia numer, który sugeruje nam w refrenie, żeby ciągle żyć własną legendą, trzymać się obranej drogi, realizować cele oraz zrobić coś z własnym życiem, słuchając rad wielu ludzi, podobnych do nas samych. Kompozycję ubarwiają delikatne klawisze oraz przyjemne solówki. Pełen pozytywnej energii utwór, który spokojnie, bez żadnych epickich efektów zamyka cały krążek.

Cofam czas, żeby nauczyć się kochać jak dziecko, nie widzieć wielu spraw. Pogodzić życie i wiarę, zrozumieć, kim miałem być.

Podsumowując - album Bieguna Zachodniego można śmiało uznać za udany i przy okazji nie powodujący nudy przy jego odsłuchiwaniu. Oczywiście, nie polecałbym go osobom poszukującym ciągłej akcji, czy  też tylko progresywnych układów, ale fani, lubujący się w Dżemie, Cree i podobnych klimatach znajdą tu coś dla siebie. Mamy trochę bluesa, mamy trochę brudnego rocka, muzyka do tańca i skakańca.

Nie jest to materiał nagrany na kolanie i mimo paru większych lub mniejszych elementów, które mnie delikatnie irytowały, ogromne gratulacje należą się tutaj dla muzyków i oczywiście Pana Jacka Młodochowskiego z rzeszowskiego studia Big Big Audio. To solidna robota -  zarówno instrumentalna i wokalna, a i teksty mają poziom! Tak powinien brzmieć każdy debiut. Mam nadzieję, że to nie ostatnie wydanie, a o zespole zrobi się głośno - te nuty zostaną ze mną na dłuuugo. 

Reklama
Podziel się ze znajomymi!
Autor
Skin
Tagi
Biegun Zachodni
Komentarze